lriświetny burmistrz
lr/.i?świetny burmistrz Bartłomiej Schachman i świa-inwej sławy demonolog profesor Hieronymus Scotus nabijają Przepędzoną Błaźnicę — obojętne, czy w majeniu ric przysługującego im prawa i na mocy stosow-nnjto wyroku, ozy tajemnie, przez siłę celnie wymie-WOnegO pchnięcia w kącie podrzędnego zajazdu, co się nu nazywał „Rzym". A więc tak też mogłoby się spełnić oczyszczenie z win wspólnych — przez tę jedną u Tiarę krwawą, przewidzianą, choć nie wiadomo, czy wlasnowolną. Tak mogłoby się ziścić w tym mieście l M-zosłanie, którego nie przekazał czaisom przyszłym mały półkaszubski chłopiec, Oskar Matzerath, co przecież jednak cofnął się przed tą granicą, zaczął rosnąć, porzucił swe święte błazeństwa, aż przepadł w zakładzie dla obłąkanych w odległym, choć niedalekim kraju. Jedno jest pewne: dokonało się to w ciszy i zapomnieniu, choć może niejeden był naonczas przytomny i słyszał ostatni jęk. Nie było wspólnej katharsis, odkupienia i zbiorowej komunii, ani też nowo pozyskanej — przez tę konieczną, a wstrząsającą ofiarę — nadziei. Nie było święta. Bo też czasy nastawały wówczas inne — nowe, choć nie dla każdego zrozumiałe. Tak to z ofiary krwawej — obojętne, czy własnowol-nej — mógłby zrodzić się ratunek dla wspólnoty, gdyby choć trochę była mądra. Nie dość więc, że ten, co zginął tak marnie, zginął za innych, ale i ta śmierć, przez ludzkie od niej odwrócenie, miałaby być daremna? Burmistrz i profesor magii rozjechali się, każdy w awoją stronę: jeden do utuczonego miasta, drugi ku Rudolf owemu mecenatowi cesarskiemu — nie wiadomo tylko, czy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Przepędzona Błaźnica zasłużyła na swoje, bo głupia